50 lat piłki ręcznej w Płocku – wspomnienia Edwarda Kozińskiego

altZ okazji zbliżający się obchodów 50-lecia piłki ręcznej w Płocku, prezentujemy prywatne wspomnienia osób, które miały znaczący wpływ na rozwój tej dyscypliny w naszym mieście. Dzisiaj wspomina Edward Koziński – były zawodnik i wieloletni trener w Wiśle Płock.

 

- Po tych pierwszych latach, kiedy głównym naszym celem było po prostu istnieć, przyszedł do nas Staszek Suliński i wtedy zaczęło się poważne granie. Mecze zaczęliśmy rozgrywać we Włocławku, bo w Płocku nie było żadnej wymiarowej hali. Największa miała wymiary 22x11. Było ciężko. W tygodniu 2-3 razy trenowaliśmy na takich warunkach i dwa razy dojeżdżaliśmy do Włocławka na halę pełnowymiarową. Sprzęt? Jaki sprzęt – jak dostaliśmy trampki to był luksus. Klej to była ślina albo żywica.

 

- Czym się powinien cechować prawdziwy Wiślak? – po wielu latach doświadczenia i szkolenia młodzieży mogę tak określić zawodnika, który gra znakomicie przede wszystkim w obronie, którego można nawet określić słowem „upierdliwy”, który nigdy nie odpuści. Nie chodzi o to, że gryzie, kopie, bije, tylko o to, że walczy do końca. Ale w moich czasach taki charakter można było łatwiej wypracować, bo wszyscy pochodziliśmy z jednego miasta, nawet z jednej ulicy, więc każdy walczył w myśl zasady „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. My trenerzy zawsze tak kształtowaliśmy naszych chłopaków, aby nie byli papierowymi tygrysami – mocnymi nie w gębie, a w czynach. Bo to nie chodzi o to, żeby dużo gadać, tylko wykazać się na boisku – żeby zawodnik nie bał się gry na kontakcie, żeby nie ugięły się pod nim nogi przed większą publicznością, żeby nie pękł, jak w 60. minucie meczu podejdzie do rzutu karnego. Przez moje ręce przeszło dziesiątki zawodników. Wielu z nich odniosło sukces i jestem z tego dumny. Byli też gracze, którzy nie zostali gwiazdami, bo nie mieli charakteru do tej dyscypliny. Niektórzy za bardzo lubili uciechy życia, a niektórzy traktowali piłkę ręczną po prostu jako przygodę. Bywały przypadki, kiedy sam rezygnowałem z zawodnika, bo swoją postawą nie nadawał się do piłki ręcznej, zarówno już na etapie juniora, jak i później. Na początku lat 70-tych rozpoczęliśmy selekcję do naszej dyscypliny. Czasami trzeba było powiedzieć człowiekowi, że zawodowego piłkarza ręcznego z niego nie będzie. Możesz przychodzić na zajęcia dla zabawy, ale na więcej liczyć nie powinieneś. To były trudne rozmowy.

 

- Na przełomie lat 70. i 80. przejąłem zespół w roli trenera i od razu spotkałem się z następującym problemem. Otóż każdy zawodnik był na etacie w zakładach petrochemicznych i w zależności od swojego, stanowiska pobierał wynagrodzenie, jednak fizycznie tam nie pracował, tylko chodził na treningi. Jak to jest w każdej drużynie, byli lepsi i byli słabsi zawodnicy, jednak kluczem do wypłacania wynagrodzenia był staż pracy w zakładach mazowieckich. Także była taka sytuacja, że zawodnik, którego umiejętności były mało przydatne dla zespołu, zarabiał najwięcej ze względu na stanowisko pracy. Postanowiłem wprowadzić zmiany, wręcz rewolucję, która była nieformalną umową - nielegalną i wręcz karalną. Zawodnicy wszystkie zarobione pieniądze w zakładzie wkładali do jednego worka, a ja w konsultacji z radą drużyny rozdzielałem te pieniądze według ich umiejętności sportowych. Wszystko opierało się na zaufaniu, że nikogo nie oszukam. Jeśli komuś taki układ nie pasował, to ja mu grzecznie odpowiadałem, żeby poszedł normalnie do pracy i tam będzie pobierał całą swoją pensję. W mojej drużynie natomiast dostaje się pieniądze za to, co zrobisz na parkiecie. Można powiedzieć, że udało mi się wprowadzić ćwierć-zawodowstwo, choć wiem, że metoda była mocno kontrowersyjna. Najlepsi zawodnicy zarabiali może trochę więcej, niż ja na etacie nauczyciela. Później krok po kroku się rozwijaliśmy. Na przykład kierownik drużyny przestał pracować w zakładzie i po pracy wpadać na treningi, tylko zarządziliśmy, że musi on być cały czas z drużyną. Zatrudniliśmy masażystę – Mariusza Jaroszewskiego. Krok po krok szliśmy do przodu.

 

- Graliśmy kiedyś półfinał Pucharu Polski z Grunwaldem Poznań. Prowadzimy 19:18 i był aut dla gości niemal spod stolika sędziowskiego. Była to ostatnia sekunda meczu, więc przeciwnik rzucił w kierunku bramki. Nasz bramkarz Andrzej Marszałek chciał efektownie wypiąstkować piłkę ku uciesze kibiców, ale nie trafił dobrze i ta wpadła do bramki, a my ostatecznie zostaliśmy wyeliminowani z rozgrywek. Historię tę zawsze dawałem jako przestrogę dla młodych bramkarzy, aby zawsze szanowali przeciwnika, nieważne skąd rzuca.

 

Edward Koziński - wychowanek MKS Jutrzenka Płock, kapitan pierwszej historycznej jej siódemki (1962). Długoletni zawodnik Wisły, trener grup młodzieżowych i pierwszego zespołu Wisły, który na stałe wprowadził Wisłę do I Ligi i z którą zdobył mistrzostwo Polski.

Najlepsi

średnia: 4.7
średnia: 4.34
średnia: 4.29

Najskuteczniejsi

121 G / 32 M
Liga Mistrzów: 34 G / 11 M
PGNiG Superliga: 87 G / 21 M
110 G / 32 M
Liga Mistrzów: 34 G / 11 M
PGNiG Superliga: 76 G / 21 M
101 G / 35 M
PGNiG Superliga: 55 G / 23 M
Liga Mistrzów: 46 G / 12 M